Ustawa „Prawo o szkolnictwie wyższym” 2.0. – komentarz dr inż. Piotra Jałowieckiego

 

Punkty, punkty, jeszcze raz punkty.

Właśnie został opublikowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego projekt nowej Ustawy „Prawo o szkolnictwie wyższym”, wersja 2.0. Abstrahując od szans na jego przegłosowanie w Sejmie RP, czy konkretnych rozwiązań jakie w nim zaproponowano, warto zwrócić uwagę na bardzo istotną przesłankę, którą kierowali się jego autorzy. Jest nią chęć znaczącego podniesienia poziomu naukowego naszych uczelni.

Jednym z najważniejszych wyznaczników poziomu naukowego wydziałów uczelni, bo to właśnie one podlegają ocenie ministerialnej, czyli parametryzacji i kategoryzacji, jest liczba uzyskiwanych tzw. punktów za publikacje naukowe. Innym jest tzw. potencjał naukowy, czyli liczba pracowników badawczo-naukowych, którzy osiągnęli znów odpowiednią liczbę tychże punktów. Jednak, czy przypadkiem do tychże punktów nie przywiązuje się zbyt dużej uwagi? Czy to nie skutkuje „pogonią” za uzyskaniem jak największej liczby punktów, w której uczestniczą zarówno pojedynczy pracownicy, jak i całe jednostki naukowe? A zatem najważniejsze pytanie, czy na pewno jest to wyznacznik miarodajny?

Osobiście śmiem wątpić. Po pierwsze istnieją ogromne różnice pomiędzy chociażby możliwością publikowania w grupie  tradycyjnie najwyżej ocenianych czasopism z tzw. „Listy Filadelfijskiej”. Przykładowo publikując przed doktoratem artykuł z zakresu nauk medycznych, ze współautorami wysłaliśmy go do 1 czasopisma zagranicznego z tejże listy, po trzech miesiącach otrzymaliśmy recenzje, wprowadziłem niezbędne poprawki i po pół roku artykuł ukazał się w tym czasopiśmie. Artykuł dotyczył badania wpływu mało dotychczas poznanych toksycznych rozpuszczalników organicznych na organizm człowieka. Teraz drugi artykuł z zakresu nauk ekonomicznych, który musiałem wysłać do 13 czasopism „filadelfijskich” i dopiero 14 go przyjęło. Można powiedzieć, że jego wartość merytoryczna była dużo niższa. Nie sądzę, ponieważ w pracy zakwestionowano efektywność bardzo popularnej obecnie metody szacowania ryzyka operacyjnego, na rzecz innej, starszej, tradycyjnej, od pewnego czasu mniej „modnej”. Obie prace otrzymały bardzo dobre recenzje. A ile jest w Polsce czasopism na „Liście Filadelfijskiej” w zakresie nauk ekonomicznych? Do niedawna było tylko jedno. To właśnie dlatego przeciętny pracownik naukowy specjalizujący się w naukach medycznych uzyskuje rocznie kilkaset punktów, a specjalizujący się w naukach ekonomicznych kilkadziesiąt.

Są też wyjątki od tej reguły, jednak moim zdaniem mało chlubne. Otóż wyobraźmy sobie następującą hipotetyczną sytuację na hipotetycznym wydziale hipotetycznej uczelni dajmy na to specjalizującej się w naukach przyrodniczych. Niech tam funkcjonuje pracownik naukowy, nazwijmy go umownie „profesor dopisz mnie”, który dajmy na to posiada wykształcenie w zakresie nauk fizycznych i co roku uzyskuje niewiarygodnie wysoką liczbę zarówno punktów, jak i samych prac. Żeby jeszcze bardziej ubarwić tę hipotetyczną sytuacje przyjmijmy, że te prace są z bardzo wielu, bardzo różnych dziedzin nauk technicznych, ekonomicznych, społecznych itp. Pójdźmy jeszcze dalej, załóżmy coś zupełnie mało prawdopodobnego, prawie nie ma prac w zakresie nauk fizycznych. Dziwne, nieprawdaż? Ale czy taka sytuacja jest rzeczywiście tak rzadka na polskich uczelniach? Proszę zmienić dziedziny nauk na inne i szybko będzie można znaleźć całkiem sporo takich przypadków. A jakie może być jej wyjaśnienie? Bardzo proste. Wystarczy sprawdzić dwie rzeczy. Po pierwsze ile z tych publikacji „profesor dopisz mnie” napisał samodzielnie oraz w ilu jest głównym autorem. Śmiem twierdzić, że liczba ta powinna być bardzo niska, może wynosić nawet zero. I druga kwestia, jakie funkcje pełni on w swojej jednostce naukowej. Z dużym prawdopodobieństwem będą to funkcje kierownicze związane z podejmowaniem decyzji o finansowaniu np. wyjazdów na konferencje naukowe, czy przyznawaniu nagród za działalność naukową. Oczywiście „profesor dopisz mnie” może być wybitnie utalentowanym tytanem pracy, promotorem nauki i młodych talentów naukowych. A co jeśli nim nie jest? Wówczas pozostaje już tylko jedno wyjaśnienie, które można ująć w brzydkie anglojęzyczny zwrot „guest autorship”. Ot, być może taki fajny gość z niego. „Dopiszesz, pojedziesz, opublikujesz”. „Nie dopiszesz, nie pojedziesz, nie opublikujesz”. „Science-fiction”? Proszę przy okazji zwrócić uwagę, że w tłumaczeniu na język polski sformułowanie to oznacza fikcję naukową. I proszę sobie samemu odpowiedzieć na to ostatnie pytanie.

dr inż. Piotr Jałowiecki – Instytut im. Romana Rybarskiego