Mec. Janas: RODO czy Matrix, a może zawoalowana forma instytucjonalnego bolszewizmu?

„Aby skłonić nas do ich przyjęcia, głupie idee przytaczają jako dowód olbrzymią publiczność, która je wyznaje”. Samotnik z Bogoty niczym starożytni Rzymianie wiedział, że jednozdaniowa teza filozoficzna skuteczniej przedstawi sedno zagadnienia, niż przydługawe wywody okołotematyczne, których pełno w dzisiejszym obiegu „naukowym”. Cytowany zaś scholion Gomeza Davili oddaje chyba w sposób najbardziej trafny istotę ostatnich miesięcy, przed pamiętnym dniem 25 maja 2018r.

Wśród ogarniającej społeczeństwo bądź to ekscytacji, bądź frustracji, będącej następstwem zapowiedzi zmiany obowiązujących przepisów dotyczących ochrony czegoś takiego jak dane osobowe, wśród owego przyśpieszenia emocjonalnego wynikającego z konieczności przystosowania się do, jak to powszechnie określano, „zmiany filozofii” ochrony danych, całkowicie na margines zeszła kwestia rozważenia czym naprawdę jest RODO, czy jak kto woli, ochrona danych osobowych oraz jaki jest rzeczywisty cel wprowadzenia takich regulacji. A może właściwą reakcją na istnienie RODO było by oprotestowanie tego pomysłu, analogicznie jak to miało miejsce w przypadku ACTA?

 

Skutki wprowadzenia RODO, negatywne z punktu widzenia ekonomii, a w szczególności obciążeń biznesu, skądinąd przewidywalne dla każdego, w miarę rozgarniętego człowieka, widzimy wszyscy. Z pewnością zgodzimy się, że konstrukcja systemu ochrony danych, teoretycznie mająca na celu jedynie to by jakaś pojedyncza osoba w tłumie „poczuła się szczęśliwa i bezpieczna”, obiektywnie nie uzasadnia poniesienia, aż takich kosztów jakie są związane z wdrożeniem tego systemu. Oczywiście można teoretyzować i mamić ludzi hasłami, że utrata numeru PESEL może spowodować bankructwo biednego członka ludu pracującego miast i wsi, jednakże nie oszukujmy się, nie dość, że tak drastycznych przypadków bezprawnego wykorzystania danych osobowych jest ilość znikoma, to na dodatek największe afery wycieku danych dotyczą informacji obejmujących sferę prywatności, nie bezpośrednio związaną z elementem stricte zagrożenia ekonomicznego, a z reguły będących następstwem aktywności sieciowej człowieka, świadomie podejmującego ryzyko poruszania się w wirtualnej rzeczywistości. Czy do ochrony, bo przecież nie ścigania, naruszeń w posługiwaniu się informacjami, konieczny jest tak rozbudowany i kosztowny system? Bo proszę Państwa czym są tak naprawdę dane osobowe, jeśli nie cząstką czegoś co prawo cywilne od wieków nazywa dobrami osobistymi i co od wieków podlega ochronie prawnej w ramach systemu prawa cywilnego i karnego. Przez wieki człowiek w ramach instytucji prawa cywilnego i karnego, sam chronił swoje dane osobowe, do dzisiaj, gdy kolejną sferę wolności zawłaszczyło nam państwo uznając, że jesteśmy tak nieodpowiedzialni, że sami nie potrafimy się ochronić.

Ale w zasadzie nie to zagadnienie jest elementem kluczowym krytyki RODO (zresztą również przepisów ochrony danych osobowych poprzedzających RODO). Czy z punktu widzenia zasad cywilizacji łacińskiej można powiedzieć, że cała filozofia RODO to dzieło pomylonych lewicowych intelektualistów, nie mająca wiele wspólnego z logiką i zasadami, które winny stanowić podstawę porządku prawnego cywilizowanej Europy? Czy aby nie mamy do czynienia z zawoalowaną formą instytucjonalnego bolszewizmu?

Przecież powierzając istotną część swoich dóbr osobistych, tych oznaczonych mianem danych osobowych, w ręce prywatne, robimy to za naszą pełną zgodą. Nie warto tutaj podnosić kwestii dla każdego oczywistej i po raz setny zapewne cytowanej: „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Istotniejszym pozostaje to, że przepisy RODO, zmuszając za pomocą przymusu państwowego do ochrony prewencyjnej, na wszelki wypadek, czyli zanim cokolwiek jeszcze może się wydarzyć, odwracają o 180 stopni koncepcje budujące nasz łaciński, sprawdzony i niepowtarzalny porządek prawny.

Przede wszystkim chodzi o odpowiedzialność. Starożytni zwykli mówić: „Obligatio est iuris vinculum quo necessitate adstringimur alicuius solvendae rei secundum nostrae civitatis iura” co się wykłada „zobowiązanie jest węzłem prawnym, który zmusza nas do świadczenia czegoś zgodnie z prawami naszego państwa”. Wskazuje to na zasadę, że dobrowolne zobowiązanie w sferze prywatnej (jeżeli nie stanowi naruszenia porządku prawnego danego państwa) powoduje powstanie stosunku prawnego, za które strony ponoszą odpowiedzialność. Powierzenie informacji mającej charakter dobra osobistego powinno powodować powstanie zobowiązania do zgodnego z prawem posługiwania się, z zastrzeżeniem poniesienia odpowiedzialności w przypadku gdyby strona powierzająca poniosła szkodę („Damnum aut casu fit aut culpa” – „Szkoda powstaje albo ze zdarzenia przypadkowego albo na skutek przewinienia”). To nie w gestii państwa winno być nadzorowanie i regulowanie korzystania z czyiś dóbr czy jak je tam zwą – danych osobowych, ale przeciwnie – w interesie, z jednej strony powierzającego winno być rozważenie ryzyka, a z drugiej dopełnienie wszelkiej, możliwej staranności aby dobra były bezpieczne, po stronie przyjmującego.

Drugą, złamaną zasadą jest oczywiście ta, którą Starożytni ubierali w sentencję: „Nemo prudens punit, quia peccatum est, sed ne peccetur” – „Nie karze się dlatego, że popełniono przewinienie, ale po to by go nie popełniano”. O czym już wspominałem, koncepcja RODO oparta jest na założeniu zmuszenia ludzi do pierwotnej prewencji, do postępowania na wszelki wypadek. W konsekwencji implementuje to iście bolszewicką zasadę, że od samej odpowiedzialności za szkodę, ważniejsze jest karanie za złamanie autorytetu państwa, które ingeruje w dziedzinę ludzkiego życia, której normalnie nie powinno regulować. Zgodnie z zasadami cywilizacji, których kwintesencją jest wolność decyzyjna jednostki, działanie bądź zaniechanie jednostki, które spowoduje zaistnienie czynu niedozwolonego jest obarczone karą, której celem jest ukazanie zasadności istnienia przymusu państwowego, w postaci wymierzania sprawiedliwości jako jasnego przekazu, że bezprawie nie będzie tolerowane. RODO zaś wprowadza nam rozwiązania znane z myśli ustrojowej teoretyków marksizmu-leninizmu. Nie dajemy człowiekowi swobodnie zadecydować o tym, czy będzie przestrzegał zobowiązań, które na siebie przyjął, czy przeciwnie wykaże lekceważenie i poniesie konsekwencje, ale zmusimy go wszelkimi możliwymi środkami do działania zgodnego z naszym, powszechnym ideałem postępowania. I w zasadzie późniejsza kara nie dotyczy faktu pokrzywdzenia człowieka, którego „ochrona danych osobowych” obejmuje ale faktu sprzeniewierzenia się socjalistycznemu ideałowi.

Wszyscy rozpisują się o skutkach wywieranych przez RODO. Ale czy nikt nie zauważył, że owo bolszewickie potraktowanie jednej z najistotniejszych sfer życia człowieka, może mieć swój konkretny cel? Ja nazywam to Matrix’em. Gdzieś na marginesie całego zamieszania wokół RODO pojawia się wątek „ujednolicania” obrotu danymi. Kolejny przykład lewicowej ideologii ubranej w szaty postępu. Ale czy aby na pewno? Dane osobowe jako kluczowy element związany z ludzkim działaniem, jego indywidualizacją, stanowią ten składnik, który każda władza stara się podporządkować w pierwszej kolejności. To symbolem XX-wiecznych totalitaryzmów były olbrzymie archiwa, w których znajdowało się wszystko o wszystkich. Stąd i analogia do filmu pt. Matrix, owego zamknięcia człowieka w przestrzeni wirtualnej. A przecież ultraszybka przestrzeń cyfrowa idealnie nadaje się do zniewolenia człowieka w ramach współczesnego systemu opresji. RODO zaś jest idealnym narzędziem, wyrwania człowieka z tego ostatniego bastionu przestrzeni analogowej, możliwe, że tej niezbędnej iskierki, która decyduje jeszcze o człowieczeństwie. Bo przecież teraz, nasze dane bez żadnego problemu będą przepływać, oczywiście za naszą zgodą [sic!], pomiędzy instytucjami uprawnionymi do ich przetwarzania.

A i jeszcze jedno. Czy to nie jest też ogromny skok na kasę? Ile podmiotów zarobi olbrzymie pieniądze, na wszelkiej maści audytach, opiniach, wdrażaniach systemów etc. O ile powiększy się aparat kontroli? A za to wszystko, nie zapłaci organ, który w przypływie lewicowej kreacji przepisy stworzył, ale człowiek, któremu do szczęścia to nigdy nie było potrzebne.

Na koniec coś wesołego. Czy nasze ukochane państwo działające przez swoje organy, będzie związane naszym uprawnieniem wynikającym z treści RODO do usunięcia danych osobowych?

Mec. Jacek Janas