red. Adam Maksymowicz: „Kto sieje wiatr ten zbiera burze”

Kto sieje wiatr….

 

    Znane przysłowie twierdzi, że „kto sieje wiatr, ten zbiera burzę” (łac. quia ventum seminabunt, et turbinem metent –Oz.8,7). Zawarta w nim przestroga wielokrotnie sprawdzała się w rzeczywistości. Działo się tak dotąd zarówno w skali osobistej, lokalnej, jak i globalnej. Przykładów nie brakuje. Z najnowszej historii jego ilustracją są klęski wydawałoby się niezwyciężonych armii Napoleona Bonaparte oraz Adolfa Hitlera. Ich współczesnym naśladowcom wydaje się, że ich „zwycięstwa” są na wyciągnięcie ręki i są one oczywiste, pewne i niczym niezagrożone.  Kierowane przez nich ataki na swoich przeciwników zadziwiają początkowymi sukcesami prowadzonej z zaskoczenia wojny, której końcowych wyników nikt nie jest w stanie przewidzieć. Powodzenie pierwszych operacji wojennych powoduje, że wygrywane kolejne bitwy, chwilowych ich zwycięzców wprowadzają w euforię, która z reguły kończy się „burzą” i wynikająca z niej katastrofą pewnych siebie agresorów. Szkicowe rozważania na ten temat związane są z rozpoczętą w dniu 6 lipca 2018 r. wojną handlową USA z Chinami. Prezydent USA Donald Trump zamierzając ją rozpocząć napisał na Twitterze, że „wojny handlowe są dobre i łatwe do wygrania” (TVP INFO-2.03.2018). Politycy USA najwyższego szczebla znani są ze swoich wpadek dotyczących najnowszej historii, dlatego stanowisko obecnego prezydenta USA w tej sprawie nie powinno dziwić. Warto jednak zastanowić się nad ewentualnymi skutkami tej wojny, strategicznymi działaniami strony przeciwnej i jej oddziaływaniem na polską gospodarkę, a co za tym idzie również na politykę tak wewnętrzną jak i zagraniczną.

Zwycięstwo USA w wojnie handlowej

    Jim Rickards redaktor wywiadu strategicznego i doradca finansowy banków na Wall Street zamieścił ostatnio (24.07.2018) na swoich stronach internetowych (jimrickards.blogspot.com) rozważania poświęcone prowadzonej przez USA wojnie handlowej z Chinami i resztą świata. Uwagi tego amerykańskiego znawcy rynku finansowego znacząco odbiegają od medialnego zalewu nic nie wnoszących informacji na ten temat. Otóż, podobnie jak prezydent USA uważa on, że Stany Zjednoczone wojnę handlową z Chinami mają wygraną pod każdym względem. Zasadniczą przewagą USA nad swoim rywalem jest fakt, że przyjmując proporcje handlowe z 2017 r. deficyt USA w handlu z Chinami wyniósł ok. 375 mld USD, a amerykański eksport do Chin tylko ok. 150 mld USD. Zatem Chiny w drodze rewanżu za cła na chińskie towary mogą obłożyć je tylko w skali 150 mld USD, podczas gdy, USA uczyni to przynajmniej w skali trzykrotnie wyższej. Oczywiście po obu stronach tej wojny wywoła to trudności w dotychczasowym funkcjonowaniu gospodarki. Będą one jednak dwa razy większe w Chinach aniżeli w USA. O tym że tego rodzaju przewidywania są uzasadnione świadczą prowadzone na dużą skalę przedsięwzięcia chińskiej gospodarki mającej na celu zapobieżenie masowym bankructwom nie tylko małych firm, ale również państwowych gigantów. Przewidywanie takiego scenariusza jest wielce prawdopodobne. Świadczą o tym spadające ceny surowców, których Chiny konsumują tyle ile reszta świata łącznie z USA. Zmniejszenie przez Chiny zamówień na ich dostawy związane z wspomnianą wojną handlową powoduje, że ich ceny coraz bardziej idą w dół powodując kryzys nie tylko w Chinach, ale również i na całym świecie. Odwetowa sprzedaż obligacji USA wartości ponad 1 biliona USD, będących w posiadaniu Chin jest zagrożeniem czysto teoretycznym. Po pierwsze inni chętnie je kupują, bo są to najlepsze tego typu aktywa na świecie. Po drugie Chińczycy wiedzą, że sprzedaż ta spowoduje utratę ich wartości, a tym samym, posiadany przez nich majątek ulegnie daleko idącej dewaluacji. Tak, czy inaczej, Chiny wojnę handlową z USA mają przegraną.

Wygrana wojna walutowa Chin

    Chiny i ich najwyżsi przywódcy wielokrotnie zapowiadali, że będą się bronić przed niczym nie uzasadnionym atakiem USA w prowadzonej przez nich wojnie handlowej. Jedną z możliwości jest rozpoczęcie przez Chiny odwetowej wojny walutowej. Polega ona na tym, że wartość chińskiej waluty – yuana, ustala ich bank narodowy. Polega to na tym, że yuan traci na wartości wprost proporcjonalnie do wprowadzonych ceł. Jim Ricards tak to przedstawia: „Jeśli Trump nakłada 25% cła na chińskie towary, Chiny mogłyby po prostu zdewaluować swoją walutę o 25%. To spowodowałoby, że chińskie towary byłyby tańsze dla kupujących w USA o tę samą kwotę co taryfa. Wpływ netto na cenę pozostanie niezmieniony, a Amerykanie będą mogli nadal kupować chińskie towary po tej samej cenie w dolarach.”  W ten sposób, zwycięska wojna handlowa USA, zaczyna przynosić „pyrrusowe” efekty. Czy USA mogą czynić podobnie? Otóż mogą, ale tylko w bardzo ograniczonym zakresie, ponieważ amerykańska waluta w postaci dolara, pełni rolę pieniądza globalnego. I wszelkie zakłócenia związane z obniżeniem jej wartości wywołują globalny kryzys ekonomiczny, a tego nikt nie chce. Tym bardziej nie chcą tego Stany Zjednoczone, które robią wszystko co możliwe, aby temu zapobiec. Na pytanie o taką wojnę ze strony Chin padają zaprzeczenia. Oni pokornie znoszą wszystkie nałożone na nich restrykcje, z zastrzeżeniem, że USA tego jeszcze pożałują. Jakich środków dla tego celu użyją nie chcą powiedzieć. Tymczasem chiński yuan, bez prowadzenia wojny walutowej stale traci na wartości, która w ciągu ostatniego kwartału obniżyła się o ok. 7%. Chińczycy tłumaczą to normalnymi korektami swojej waluty związanej z sytuacją wewnętrzną wymagająca spłaty ich gigantycznych długów gmin oraz przedsiębiorstw. Przy tej okazji przypomina się znane powiedzenie Otto von Bismarca, że prawdziwe są wiadomości tylko te, którym wcześniej zaprzeczono.

Bezwzględna wojna

Zarówno zasygnalizowana wojna handlowa, jak i walutowa zaczyna być postrzegana jako nieuchronna i sięgająca do coraz bardziej drastycznych metod. Wynika to z sytuacji obu największych gospodarek świata. Stany Zjednoczone tracą pierwszą pozycję polityczną i gospodarczą, czego nie chcą i nie mogą zaakceptować. Do wojny militarnej zapewne nie dojdzie, bo groziłaby ona unicestwieniem jej uczestników w skali dużo większej aniżeli mogło to mieć miejsce podczas prowadzonej w ubiegłym stuleciu „zimnej wojny” pomiędzy USA i ZSRR. Po chińskiej stronie determinacja jest równie duża, gdyż związana jest z istnieniem Chin w ich obecnej postaci. Przegrana wojna gospodarcza z USA zahamowałaby dotychczasowy rozwój tego kraju. To zaś spowodowałoby upadek KPCh i prawdopodobne rozbicie chińskiego państwa na niezależne podmioty takie, jak Xinjang, czy Tybet. Chiny wszystko uczynią, aby do tego nie dopuścić. Być może, że po próbie „prężenia muskułów” przez USA i braku efektów w wojnie z Chinami dojdzie do mniej lub bardziej trwałego rozejmu. Jednak rozejm ten będzie zawsze niekorzystny dla USA, gdyż chiński gigant ma przewagę ludnościową w proporcji 1:4, a także niezmierzone przestrzenie azjatycko – afrykańsko – europejskiego kontynentu, którego zasoby są penetrowane przez nich na coraz większą skalę. Strategiczne różnice pomiędzy celami obu wielkich mocarstw wskazują na to, że obecny konflikt między nimi będzie miał charakter długotrwałej, często ukrytej wojny, dopóki jedna z tych stron nie ulegnie. Na chińskie zwycięstwo w tej wojnie wskazuje  mentalność kulturowa tego narodu związana z kultem pracy, gdyż „Europejczycy i Amerykanie pracują po to, aby żyć, Chińczyk zaś żyje po to, aby pracować” Zawarta w tym powiedzeniem różnica w mobilności społecznej jest również po stronie chińskiej. Wyraża się ona największymi obecnie projektami infrastrukturalnymi na naszym globie, których wyrazem jest inicjatywa „Nowego Jedwabnego Szlaku” który łączy Azję, Europę i Afrykę.

Retoryka i współpraca

Wojennej retoryce, a nawet potwierdzającym ją działaniom przeczy szereg gospodarczych powiązań, bez których obie te gospodarki nie mogłyby osiągać swoich sukcesów. Jednym z nich jest chińska dominacja w zaopatrzeniu naszego globu w ponad 90% pierwiastków ziem rzadkich. Te zaś niezbędne są do produkcji i wytwarzania skomplikowanych urządzeń elektronicznych, bez których współczesna cywilizacja nie może się obejść. Od chińskich dostaw uzależniona jest cała struktura informatyczna armii USA. Prezydent Donald Trump podjął w tej sprawie decyzję o uruchomieniu jedynej w USA kopalni tych pierwiastków o nazwie Molycorp w Kalifornii. Cóż jednak z tego, kiedy przetarg na jej uruchomienie wygrały firmy powiązane z chińskim rządem i kapitałem. (The Rise And Fall Of A Mining Giant-www.pinnacledigest.com. 28.02.2018). Tego rodzaju powiązania wskazują na potrzebę zachowania daleko idącej ostrożności, co do retoryki wojennej obu stron oraz związanych z nią celów. Tym bardziej, że gospodarki obu „wojujących” stron mają się świetnie. „Wiatr wojny” wywołany działaniami prezydenta USA wywołuje napięcie, które może, ale nie musi, wyładować się w kolejnej burzy o globalnym zasięgu. Na razie na horyzoncie zbierają się chmury, jest duszno i słychać grzmoty.

 

Adam Maksymowicz